Recepta na nasze czasy? Głęboka relacja ze swetrem!

Biznes

Recykling wielokrotny może być lekiem dla naszego środowiska naturalnego, ale też dla nas samych, nastawionych na konsumpcjonizm. Wierzę, że stajemy się coraz bardziej świadomi swoich potrzeb, a technologia produkcji może czynić nasz świat coraz bezpieczniejszym i bardziej przyjaznym miejscem. Przeczytaj wywiad

Droga na szczyt wiedzie przez serce

Podróże
Relacje
Rozwój

Kiedy byłam nastolatką, lubiłam spędzać czas nad Wisłą. Siadałam nad brzegiem rzeki, patrzyłam na ciszę płynącej wody. Chłonęłam jej moc i spokój. Ta cicha rzeka miesiącami nie zmieniała swojego biegu. I nagle wyrywała się ze swojego koryta niosąc niebezpieczeństwo, siejąc spustoszenie. Podczas tych spokojnych dni wpatrywałam się w lustro wody i snułam swoje marzenia. Te wielkie i te małe. Te kolorowe, nieosiągalne i te całkiem małe. Dziś wspominam te chwile ze wzruszeniem. W mojej głowie nie było żadnych ograniczeń – rysowałam sobie świetlaną przyszłość… Był taki okres w moim życiu, że zagubiłam się w swojej codzienności, zabieganiu, pracy, obowiązkach. Swoje marzenia zapakowałam głęboko do serca i przestałam je realizować. Dlaczego? Och! Powodów jest wiele. Opisywanie ich pozostawię na inny artykuł.  Dziś chcę podzielić się tym, jak wróciłam do siebie i odnalazłam swoje marzenia w sercu.

 

Wiele z moich marzeń spełniłam i jestem wdzięczna sobie za te doświadczenia. Nie zawsze jednak było kolorowo. O swoje marzenia trzeba bowiem walczyć. Kiedy planowałam podróż na Kilimandżaro słyszałam pytania: “Agnieszka po co Ci to?” A zaraz potem „wspierające rady”: “Po co tam idziesz? Przecież to ciężka wyprawa”, “Przecież to niebezpieczne”, “Masz rodzinę, przyjaciół, a ryzykujesz życie”, “Nie masz przygotowania fizycznego. Potrenuj rok, może dwa lata i wówczas zobaczysz…”. No właśnie… co zobaczę? Gdybym odłożyła wyprawę o rok, to dziś nie mogłabym jej zrealizować.

W tym czasie czułam coś, co uśmierca wiele naszych marzeń. Presję z zewnątrz. Słyszałam co innego w swoim sercu i co innego ze strony ludzi, którzy mnie otaczali. Zatrzymałam się więc. Usiadłam w zacisznym miejscu tak, jak kiedyś nad brzegiem Wisły. I zaczęłam rozmawiać sama ze sobą. Zaczęłam słuchać swojego serca. I marzyć! Co czułam, kiedy myślałam o wyprawie na Kilimandżaro? Uwielbiam górskie wędrówki, kontakt z przyrodą i tę wszechogarniającą mnie moc i wolność. Czułam głęboko w sercu, że potrzebuję dla siebie tego czasu, tej podróży i przygody. Tylko tyle. I aż tyle! W końcu zaufałam sobie. I zaczęłam planować wyprawę. Potrzeba płynęła z głębi serca. Dzięki temu miałam zasoby i determinację, aby wdrożyć marzenie w życie. Wszystko miałam w sobie, więc „dobre rady” nie podcięły mi skrzydeł.

Przygotowania – organizacyjne i fizyczne – rozpoczęłam w styczniu 2019 r. Na szczycie Kilimandżaro stanęłam 22 czerwca 2019 roku. Na przygodę życia wyruszyłam wraz z Anetą, Haliną i Ewą. Byłyśmy czterema kobietami pełnymi pasji, a jednocześnie bardzo różnorodnymi.  Na co dzień dzieliło nas wiele. Podczas tej wyprawy stałyśmy się jednością. Połączyła nas pasja, przygoda i pełne ciekawości serca.
14 czerwca wieczorem wystartowałyśmy z lotniska w Warszawie. 16 czerwca o wczesnym poranku, z plecakami na ramionach, wyruszyłyśmy w drogę na szczyt. Na szczyt góry przed nami. I na szczyty swoich możliwości wewnątrz nas. Emocje, ekscytacja i niepewność towarzyszyły mi podczas całej wyprawy.

Pierwszego dnia wyruszyliśmy dżipem z hotelu do pierwszego punktu startu do Londorosi. Śmiechom i żartom nie było końca. Napełniłam swoje pojemniki wodą, wpisałam się do księgi wyjścia i oczywiście zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Do tego zdjęcia ubrałyśmy się w spersonalizowane koszulki, które jako niespodziankę przygotowała dla nas Aneta. I witaj przygodo! Wysoka Góro, idziemy!

Po co tutaj przyjechałam? Po co idę na tę wyprawę, zamiast z książką na białą plażę? W głowie pojawiają się logiczne argumenty o potrzebie przygody, o zmierzeniu się z własnymi ograniczeniami, o wolności… A serce wie swoje. Nie używa słów, ale pcha do przodu. Wsłuchuję się w jego przekaz. I dopiero szóstego dnia przy wspinaczce na szczyt zrozumiem swoją intencję. To osobiste doświadczenie, więc pozostawię je dla siebie, a opiszę wiele innych z całej wyprawy.

Pierwszy dzień mija ciekawie. Wokół zachwycają egzotyczne krajobrazy, zwierzęta, cisza i spokój. Ten błogi spokój koi moje wnętrze. Uspokajam się, obserwuję otaczające mnie piękno, wymieniam się wrażeniami z towarzyszami podróży. I idę. Mamy pierwszy przystanek na lunch i toaletę. Reszta potrzeb fizjologicznych w drodze 😉. I tutaj przełamanie pierwszej bariery. Tak, tak, siku za drzewem.
Idziemy w ośmioosobowej grupie turystów z przewodnikiem Bonaventure i jego zespołem. Krok po kroku – zgodnie z tutejszym powiedzeniem “Pole Pole”, które znaczy “wolno wolno”. Docieramy do celu, czyli pierwszego obozu. Nocleg w namiotach, rozpakowywanie torby i poszukiwanie swoich rzeczy we właściwym woreczku to moja codzienna, dodatkowa przygoda. Po kolacji i przygotowaniu odzieży na kolejny dzień, pakuję się w śpiwór i zasypiam. Pobudka o 6 rano, szybka toaleta i śniadanie. Toaleta to kubek wody na umycie zębów. Resztę załatwiają wilgotne chusteczki. Wszystkie śmieci pakujemy i zabieramy ze sobą. Ruszamy dalej. Krok po kroku. Do celu. Drugi i trzeci dzień to prawdziwe zmaganie się z ograniczeniami. Mam duszności, brak mi sił, potrzebuję częstych przerw, aby wyrównać oddech i iść dalej. To dwa dni mojej podróży w ciszy i skupieniu nad oszczędnością własnej energii. Obserwuję zmieniające się krajobrazy, roślinność. Nie rozmawiam z nikim, idę. Piję dużo wody i proszę swoje ciało o wytrwałość do najbliższego obozu. Do trudności z oddychaniem dołącza zmęczenie i ból nóg. Czuję, że jest trudno i ciężko. Najbardziej pomaga mi kontakt z naturą. Obserwuję piękno przyrody, zieleń, kwiaty, zjawiskowe panoramy. Zabieram te chwile do swojego serca. I idę.

Drugi człowiek

Trzeciego dnia brakuje mi kompletnie sił. Każdy krok okupiony jest dużym wysiłkiem fizycznym. Zwalniam. Wówczas po raz kolejny w życiu doświadczam moc i siłę, jakie płyną ze wsparcia drugiego człowieka. Przede mną opiekun grupy zwalnia tempo tak, abym mogła wolno kroczyć dalej. Za mną nasz przewodnik. Reszta grupy idzie swoim tempem i wkrótce znika mi z oczu. A ja krok po kroku idę w asyście dwojga wspierających mnie ludzi. Zatrzymujemy się w zachwycającej jaskini. Widok jest olśniewający. Przysiadam na kamieniu, oddycham wilgotnym powietrzem. Nabieram nowych sił. Na horyzoncie dostrzegam już nasz obóz. Zaopiekowana docieram do reszty grupy. Myślę tylko o tym, aby położyć się i odpocząć. A tutaj pełne zaskoczenie!  Moje przyjaciółki, członkowie zespołu, nasi opiekunowie… tańczą i śpiewają. To taka niespodzianka dla nas turystów, aby wyrazić podziw i gratulacje za tę część przebytej drogi. Hakuna Matata i jambo na zawsze pozostaną moimi wspierającymi słowami. To niebywałe! Moje nogi same zaczynają tańczyć. To taka magiczna chwila. Nie wiem skąd mam tę siłę, tańczymy wszyscy i śpiewamy 😊. Widoki z obozu są niezwykłe. Nocą czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Rozświetlone gwiazdami niebo i uczucie, że można wyciągnąć rękę i sięgać gwiazd. Usłyszałam kiedyś zdanie, że nad Afryką gwiazdy świecą jaśniej i coś w tym jest. Te magiczne świetliki rozbłyskują nad naszymi głowami. Do serca napływa radość i wdzięczność, że dotarłam do kolejnego punktu. Tak, stawiam sobie małe cele, bo ten duży – wejście na szczyt – póki co wydaje się niemożliwy. A jednak serce cicho pragnie i marzy. Te dwa dni bardzo dużo mnie nauczyły. Zrozumiałam, jak w codziennym życiu ważna jest uważność i skupienie się na celu. Rozpraszanie energii na mało znaczące sprawy może zniweczyć każdy plan. Jestem wdzięczna swojej ciszy za to doświadczenie.

I tak upływają kolejne dni. Pokonujemy coraz trudniejsze i bardziej wymagające odcinki na trasie. Mój organizm zaaklimatyzował się i podróż staje się lżejsza. Rozmawiamy, śmiejemy się, śpiewamy i doświadczamy. Każdy dzień jest inny, przynosi nowe niespodzianki. Widoki wokół zachwycają. Pojawia się również więcej turystów. Każdego dnia ograniczam wysiłki do niezbędnego minimum, a wolne chwile przeznaczam na regenerację. Wiem, że dbałość o moje ciało i uważność są niezbędne, aby dotrzeć do celu. Wieczorami bywam wykończona ze zmęczenia. Na większych wysokościach pojawiają się bezsenne noce. Sytuacji nie ułatwiają nocne pobudki, wymagające wyjścia do toalety. To prawdziwy koszmar. Na zewnątrz szaleje wichura, namiot pokryty jest powłoką szronu i cienkiego ludu. Brrr… cóż, kilka litrów wypitej wody ma swoje skutki uboczne. I to doświadczenie trzeba również przeżyć.

Zdobywanie szczytu

Sześć dni za mną. Zmęczenie fizyczne nieustannie rośnie. Twarz jest wysuszona od słońca i wiatru. Ciało przemarznięte. Tego dnia jesteśmy w obozie wcześniej. Jest południe. Jemy lunch, odpoczywamy i spożywamy wczesną kolację. Po kolacji, zgodnie z otrzymaną instrukcją, ubierzemy się na przysłowiową cebulę, aby o 22.00 wyruszyć na szczyt. Mamy trzy godziny na drzemkę. Emocje i silny wiatr nie pozwalają mi zasnąć. Wychodzę z ciepłego kokonu, zakładam kolejne warstwy ubrań na siebie. W tej ilości odzieży ledwie mogę się poruszać. Jeszcze nie wiem, że porywisty wiatr spowoduje, że ta ilość będzie niewystarczająca, aby było mi ciepło.

Jest ciemna i wietrzna noc. Nad nami gwiazdy, na naszych głowach latarki czołówki, którymi oświetlamy naszą drogę na szczyt! Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. Z jednej strony jestem szczęśliwa, podekscytowana i radosna. Z drugiej, ciężkie warunki atmosferyczne, ciemna noc, szalejący i przenikliwie zimny wiatr nie wspierają przed kilkugodzinnym nocnym trekkingiem.
Zaczynamy dziś w większym gronie. Każdy z nas turystów ma do asysty opiekuna, a nasz przewodnik nadaje tempo Pole Pole. Bonaventure przez tych kilka dni udowodnił, że jest prawdziwym liderem. Potrafił być ciepły, serdeczny oraz życzliwy dla turystów i swojego zespołu. Innym razem jest wręcz bezlitośnie wymagający. Dba o każdy szczegół i każdego członka zespołu z osobna. Zapewnia potrzebne poczucie bezpieczeństwa i wsparcie. Najważniejszy są dla niego zespołowość i współpraca. Tej nocy sam przewodzi swojej drużynie. Po pierwszym krótkim postoju szybko zarządza zmiany, tak aby każdy turysta szedł ze swoim opiekunem. Podczas tej nocy proszę dobre Anioły, aby ten wiatr trochę ucichł. Jest tak silny, że widzę jak chce porwać idącego przede mną Jasona. Obserwuję, jak ten silny i postawny mężczyzna zatacza się pod siłą podmuchów. Przerażenie jest tak duże, że zaczynam wizualizować, że wpuszczam korzenie w ziemię, aby stawić opór tej sile natury.
Stawiam kolejne kroki. Sił mam coraz mniej. Przystanek na picie i chwilę odpoczynku. Przede mną stoi wysoki mężczyzna. Pomaga mi zdjąć plecak, podaje kubek z ciepłą wodą. Gorący płyn zbawiennie rozgrzewa skostniałe ciało. Spoglądam w ciemności z troską na ręce Emanuela bez rękawiczek. Robi mi się smutno, że nie ma rękawic, aby ogrzać swoje dłonie. Oddaję mu swoją dodatkową parę. Jestem wzruszona, a jednocześnie podziwiam ciężką pracę naszych przyjaciół podróży. Po kilku wspólnych dniach jesteśmy rodziną. Te warunki w drodze na szczyt powodują, że nawiązujemy nowe relacje. Opowiadamy sobie o naszych domach, rodzinach, dzieciach i pracy. Nawet w tej ciemności czujemy swoją obecność i wsparcie, a to dodaje mocy, aby iść dalej. Idę w skupieniu i w wewnętrznej lekkości. Krok po kroku. Podczas kolejnego odpoczynku wyciągam z plecaka dodatkowe elementy garderoby. Zakładam spodnie chroniące przed wiatrem. Mam już na sobie tyle innych ubrań, że idzie mi to bardzo ciężko. Podchodzi do mnie dwóch mężczyzn i pomaga mi uporać się z suwakami, co powoduje rozbawienie u moich koleżanek. Do dzisiaj nie wiem, jak to wyglądało, ale podobno bardzo śmiesznie. To jedna z historii, która pomimo upływającego czasu wywołuje uśmiech na moich ustach. Wokół jest tak przenikliwie zimno, że płynące z nosa krople przymarzają do niego!
I tak z rytmem Pole Pole zmęczeni, wykończeni wszyscy docieramy na szczyt. Wszyscy. Razem. Najmłodszy uczestnik ma 16 lat, a najstarszy 63. Każdy z nas ma swoją rolę w tej wyprawie. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za siebie i cały nasz zespół. To owocuje wspólnym sukcesem. Jesteśmy razem na szczycie! Tu jeszcze większe zimno. Mieliśmy robić zdjęcia, ale trudno jest utrzymać aparat w dłoniach. Jak bańka pryska marzenie Haliny, że na szczycie pomaluje sobie usta czerwoną szminką. Szminka w plecaku zamarzła 😊. Nasze zmęczenie przerywają zachwycające widoki i pierwsze promienie wschodzącego słońca. Ten wschód słońca, jest zachwycający. To uczucie przebywania w innym wymiarze. W innej rzeczywistości. Dla mnie to prawdziwa duchowa uczta. Celebruję każdą chwilę i zapisuję ją w sercu.
Po chwili mobilizuję się, aby wyciągnąć szalik drużyny PGE VIVE Kielce i polską flagę. Z tymi akcesoriami robimy szybkie pamiątkowe zdjęcie. Jesteśmy na szczycie. Przytulamy się i płaczemy z radości!
Cel osiągnięty. Podróż trwa

Odwracam się i spoglądam na dół. Cel osiągnięty, ale podróż jeszcze się nie kończy. Czas wracać na dół. Do obozu daleka droga. Poranne słońce lekko otula zmarznięte ciała. Ruszamy. Marzę o kubku ciepłej herbaty. Woda, którą mamy przy sobie zamarzła. Przed nami około 3 godziny drogi w dół. Idziemy i idziemy. Okazuje się, że schodzenie również wymaga dużej uważności, aby nie poślizgnąć się na przesuwających się pod nogami kamieniach. Jesteśmy zakurzeni, zmęczeni i szczęśliwi. Piaszczysty wiatr powoduje, że wszędzie czuję pył.  Moja twarz upodobniła się do twarzy górnika, który kończy pracę w kopalni.

W tym momencie jeszcze nie wiem o kolejnej niespodziance. Silny wiatr nadal wieje, tym razem jednak w plecy, więc to pomaga w schodzeniu. Duże marzenie o zdobyciu szczytu Kilimandżaro zamieniam na inne. Moim nowym marzeniem jest kubek gorącej herbaty. Za tym celem podążam na dół. Po dwóch godzinach w oddali widać nasze obozowisko. Wewnętrzna radość na chwilę zbliżającego się odpoczynku i kubek ciepłego napoju dodaje mi energii. Kiedy jesteśmy blisko, widzimy coś przerażającego. Na naszych oczach silny wiatr porywa nasze namioty i zmiata obozowisko.
Nowe wyzwania przed nami. Zmęczenie jest coraz większe. Jeszcze nie wiemy, że możliwość zorganizowania nowego obozowiska i noclegu jest oddalona o kilka godzin trekkingu. W tym dniu jesteśmy w drodze 19 godzin z małą przerwą na posiłek. To nasz najdłuższy dzień. W tych okolicznościach nie ma miejsca na radość i cieszenie się zdobyciem szczytu. Pokora każe oszczędzać siły i energię, aby dotrzeć do kolejnego punktu. W tym dniu doświadczam mocy żywiołów i wiem, że najlepszy plan często wymaga zmiany. Również w naszym codziennym życiu. To doświadczenie pokazało mi, że nie ma sensu rozpaczać. Szkoda na to czasu i energii. Trzeba się zatrzymać, wziąć kilka głębokich oddechów, zaakceptować sytuację. A następnie zacząć działać. W skupieniu, krok po kroku docieramy do naszego obozu. Teraz można odpocząć i zregenerować siły, bo przed nami kolejny dzień w drodze na dół. Pomimo zmęczenia pojawia się w sercu radość i spełnienie. To uczucie otula i dodaje skrzydeł. Tak, naprawdę czuję, że urosły mi skrzydła. Naprawdę czuję je następnego dnia. Pewne odcinki drogi w dół pokonuję biegnąc. Wiem, to trochę niebezpieczne. Po drodze mijam turystkę, która skręciła kostkę. Pozwalam sobie na tę zabawę, jednocześnie będąc uważną. Zachwycam się nowymi widokami, śpiewam. Upamiętniamy te chwile na zdjęciach i w sercach. Na dole witają nas szampanem. Ten szlachetny płyn rozlewa się po kieliszkach, a potem w naszych ustach. Radość jest ogromna. Śpiewamy, przytulamy się, dziękujemy sobie wzajemnie za tę przygodę, za wszystkie doświadczenia, rozmowy i wspólne chwile.
Bill, Jason, Max, Elijan wracają do USA. Aneta, Halina, Ewa i ja wracamy do hotelu. Po tych ośmiu dniach nareszcie mamy kontakt z naszymi rodzinami. Telefonujemy, rozmawiamy i dzielimy się naszymi wrażeniami. To jedna z tych chwil, kiedy doświadczam jak dobrze mieć rodzinę i przyjaciół. Jak dobrze mieć ludzi, którzy wesprą w trudnościach, z którymi można dzielić się radościami i sukcesami.
Ta wyprawa mocno wpłynęła na moje życie. Zmieniła je. Po wyprawie jestem inną Agnieszką. Dziś upłynął rok od wejścia na szczyt Kilimandżaro. Zmieniłam się nie tylko ja. Zmieniło się otoczenie wokół mnie. W ostatnich miesiącach doświadczyliśmy pandemii, która zatrzymała świat. Nieważne, na jakim kontynencie i w jakim kraju. Każdy z nas poczuł zagrożenie. Każdy był równy. W tym czasie często sięgałam do wspomnień z wyprawy na Kilimandżaro. Właśnie z tych doświadczeń czerpałam moc, spokój i wiarę na kolejne dni. Nieznane jest jutro. Ważne jest dziś i Ci, którzy są obok. Ludzie, którzy podadzą dłoń, a czasami powiedzą mocne słowo, aby nas obudzić. W górach i życiu zawsze jest wybór. Można się poddać albo krok po kroku realizować swojego marzenia.

Smak marzenia ze szczyptą soli

Podróże

W czasie pandemii często spotykam się ze zdaniem – “jak wrócimy do normalności…”. Spróbowałam więc sobie odpowiedzieć – co dla mnie znaczy normalność? I czy można do niej wrócić? Myślami wracam do ostatniej podróży do Nowego Jorku, którą odbyłam tuż przed zamknięciem granic.

Jest 3 marca 2020. Klik. Klik. Charakterystyczne zapięcie pasa bezpieczeństwa w samolocie. Wtulam się w fotel i rozglądam wokół. Za oknem świeci popołudniowe słońce. Wewnątrz pasażerowie kierują się na wyznaczone miejsca. Obserwuję różnorodność kolorów, ludzi i ich reakcji. Przyglądam się jak układają bagaże w schowkach i przygotowują się do lotu. Tylu ludzi, a za każdym inna historia. Ich życiowe ścieżki na tę chwilę splotły się ze sobą. Ciekawe, czy powstaną tu nowe relacje, które pozostaną z nimi na dłużej. Oddaję się swoim rozmyślaniom i zadaję sobie pytanie – jak taka puszka może unieść tylu ludzi w przestworza…tyle historii, tyle doświadczeń. Przed wylotem znajoma zapytała mnie, o czym myślę podczas lotu. To ciekawe pytanie. Opowiedziała mi, jak podczas ostatniego warsztatu rozwojowego, uczestnicy dzielili się swoimi doświadczeniami z podróży samolotem. Część z nich porównywała ją do medytacji. Zaciekawił mnie ten wątek. Zastanawiam się, co ja czuję. Uwielbiam latać. Czas w przestworzach jest dla mnie wyjątkowy. Jakbym, oderwana od ziemskich spraw, miała szczególną okazję do przemyślenia życia. Mknę przez przestworza, ale wewnętrznie się zatrzymuję. Otoczona chmurami czuję się małą istotą, która poddaje się biegowi chwili.

Ląduję w Nowym Jorku, mieście marzeń. Tak często oglądamy je w filmach, że wydaje nam się znajome. To moja kolejna podróż do tego zakątka świata. Pomimo tego, po raz kolejny z ciekawością obserwuję służby na lotnisku, oficjalne procedury, długie kolejki do kontroli paszportowej.

Wychowałam się w czasach PRL-u, kiedy wszystko było na kartki. Pamiętam długie kolejki w oczekiwaniu na chleb, wędlinę i landrynki na wagę. Wspominam smak słonego masła oraz mocno żółtego sera – darów z Ameryki. Uwielbienie do słonego masła pozostało mi do dziś.

Po trzech godzinach spędzonych w oczekiwaniu na kontrolę paszportową, z bagażem w ręku wsiadam do taksówki. W otoczeniu nocy przemierzam nowojorskie ulice. Zachwycająco prezentują się oświetlone wieżowce, ulice pełne kolorów, świateł i tętniącego życia.

Pomiędzy spotkaniami biznesowymi organizuję sobie czas na delektowanie się miastem marzeń. Nie ma drugiej metropolii, która przyciągałaby tylu ludzi. Przyjeżdżają tu z całego świata, aby realizować swoje marzenia. Tutaj każdy może rozpocząć nowe życie. W pewnym sensie Nowy Jork należy do wszystkich i do każdego. Nieważne, czy urodziłaś się tutaj, czy przyjechałaś przed tygodniem, możesz je nazwać swoim miastem. Spacerując ulicami tak się właśnie czuję. Jestem częścią tego wielkiego miasta.

Rozpoczynam od spaceru po Central Parku. Wchodząc do parku z zatłoczonego, głośnego i pędzącego Manhattanu mam wrażenie, że wkraczam do innego świata. Pomiędzy drzewami widać nowojorskie drapacze chmur. Ale drzewa tworzą dźwiękoszczelną ścianę, dzięki czemu w parku jest cicho. Słońce rozpieszcza ciepłymi promieniami i budzi do życia uśpioną przyrodę. To magiczne miejsce, pokazuje moc i siłę natury. Zielone serce Manhattanu ma powierzchnię 341 hektarów. Spacerując deptakami pośród drzew, można słuchać śpiewu ptaków, obserwować wschodzącą zieloną trawę, kwitnące żonkile czy biegające wiewiórki. Ja przyglądam się ludziom. Rodzice bawią się z dziećmi, ludzie spożywają posiłki na ławkach, biegacze wystukują swoje rytmy miękkimi plaśnięciami butów. Turyści wpatrują się w Manhattan…

W parku rośnie 26 tysięcy drzew. W ciągu lat wyrosło tu też 29 rzeźb. Wśród nich znajduje się pomnik Władysława Jagiełły. Polski król zasiada na koniu. Rzeźba ustawiona jest na cokole. Całość mierzy 7 metrów wysokości. W niedalekiej odległości znajduje się starożytny egipski obelisk. Nazwany jest Igłą Kleopatry. Czerwony, strzelisty granit mierzy 21 metrów i waży 180 ton. Obelisk został podarowany Stanom Zjednoczonym przez wicekróla Egiptu w 1869 roku.

Mijam słynne Metropolitan Museum of Art. Jego zwiedzanie pozostawiam sobie na inny czas. Docieram do jeziora Jackie Onassis Reservoir. W jego środku rozpryskuje fontanna, a w lustrze wody odbijają się nowojorskie wieżowce. Widok jest imponujący.

Po wyjściu z parku chodzę nowojorskimi ulicami. Napawam oczy wystawami największych światowych domów mody. To prawdziwe dzieła sztuki. Kolekcje są często mocno futurystyczne i ekstrawaganckie. To tutaj Audrey Hepburn, jako Holly Golightly, ubrana w wieczorowy strój wpatrywała się sennie w witryny sklepu Tiffany. Wchodzę do wnętrza przepełnionego cennymi kamieniami, diamentami. Bogactwo biżuterii harmonizuje z subtelnym wnętrzem i życzliwą obsługą. Dla turystów są miejsca, gdzie na tle charakterystycznego turkusu można zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ciekawe jest przywiązanie marki do koloru. Tiffany wszystkie detale, od kubków na napoje, po opakowania, krawaty, apaszki, czy szaliki dla personelu utrzymuje w tym jedynym, unikatowym kolorze.

Czuję, że nastała pora na posiłek. Różnorodność kulinarna w tym mieście zachwyca – od hot-doga i coca-coli z budki na ulicy, po eleganckie restauracje ze smakami z całego świata. Smakoszom owoców morza polecam bar i restaurację Marea z widokiem na Central Park. Każdemu miłośnikowi burgerów rekomenduję restaurację Clark‘s, w której jadłam najlepszego burgera na świecie. Smak tego dania, wraz z ociekającym po brodzie tłuszczem, pozostanie na zawsze w mojej pamięci 😊. Najświeższych ryb można skosztować w Brooklynie. Polecam restaurację Seamore’s Dumbo.

Aby spalić kalorie i zachłysnąć się bajecznym zachodem słońca idę na spacer na most brooklyński. To jedna z ikon Nowego Jorku. Łączy Manhattan z Brooklynem. Nad jezdnią z samochodami, po kładce spacerują piesi. Kładka, co dość zaskakujące, jest wąska. Tutaj, bez względu na porę dnia, jest tłoczno. Most Brooklyński jest jednym z najstarszych, wiszących mostów na świecie. Niektóre źródła podają nawet, że jest pierwszym stalowym mostem zbudowanym przez człowieka. Podziwiam drapacze Manhattanu, wieżowce Brooklynu i symbol Nowego Jorku – Statuę Wolności. Po drugiej stronie mostu leży dzielnica Dumbo. To industrialna część miasta, w której sztuka żyje na wystawach zaaranżowanych w dawnych fabrykach. Spacerując wzdłuż rzeki postanawiam oddać się dziecięcej zabawie. Wraz z przyjaciółką inwestujemy 4 dolary w przejażdżkę wiekową karuzelą Jane’s Carousel. Śmiechu i radości nie ma końca. Dlatego stwierdzam, że to najlepiej zainwestowane pieniądze w ostatnim czasie 😉

Atmosfery i energii tego miasta nie da się opisać ani słowami, ani fotografiami. Nowy Jork trzeba po prostu zobaczyć. Dopiero wtedy można poczuć klimat i rytm miasta, które nigdy nie śpi i zmienia się, jak obraz w kalejdoskopie.

A jednak tyle się zmieniło w ostatnich tygodniach. Tętniące ulice Nowego Jorku opustoszały, a miasto zatrzymało się. Na jak długo? Czy powróci do swojego rytmu, życia, mnóstwa ludzi na ulicach? Czy to jest normalność?

Tęsknię za podróżami, za nowymi ludźmi i doświadczeniami. W ciszy serca odpowiadam sobie na swoje pytania. Dziś wiem, że to co minęło to historia i wspomnienia, do których możemy wracać. Obecnie budujemy nowy świat. Jaki on będzie? Nie wiem. Ale wiem jedno. Nasze miejsce marzeń możemy budować tutaj, gdzie jesteśmy teraz. Z tymi, którzy są wokół nas. Snując marzenia nie musimy uciekać  w przyszłość. Możemy ją budować dzisiaj i każdego nowego dnia.

Kreatywność z Madery. Czyli skąd czerpię pomysły

Podróże
Relacje

Siedzę w samolocie. Przymykam oczy. Słucham różnych dźwięków. Oczekuję na włączenie silników i podejście do startowania. Gdy samolot startuje, czuję, że wszystko się zmienia. Niewidzialna siła wciska mnie w oparcie fotela. Otoczenie drży. Nasila się dźwięk zagłuszający myśli. Oddaję się tej chwili, aż nastaje beztroski czas w przestrzeni… Coś nowego i twórczego już się rozpoczęło. Może to być rozmowa z drugim człowiekiem. Może z kimś bliskim. A może inspirujący cytat z prasy lub z czytanej książki.

Często zwracam uwagę na to, jak się zmieniam, a co stałego we mnie pozostaje. Taką stałą, która przez ostatnie lata mi towarzyszy jest na pewno ekscytacja podróżami. Uwielbiam ten moment, kiedy zmęczona, z walizką w ręku docieram na lotnisko i oddaję się zachwytowi nad czekającą mnie przygodą. Mnóstwo ludzi wokół, ogromna różnorodność kultur, stylów, osobowości. A wszystkich nas łączy podróż. Zauważam zmieniające się we mnie emocje. Spada napięcie, budzi się ciekawość i otwartość na nowe. Lubię lądować po zmierzchu. Miasta w ciemności pozostają trochę tajemnicze i dopiero kolejnego ranka mogę zobaczyć je w odsłonie dnia.

 

Kraina wiecznej wiosny

Tego doświadczam przylatując na Maderę. To wydłużony weekend. Mam więc tylko kilka chwil na poznanie nowego miejsca. Jestem ciekawa tego, co się wydarzy i jak przywita mnie ta mała wyspa otulona płaszczem Oceanu Atlantyckiego. Przemieszczając się z lotniska do hotelu, delektuję się widokami, mnóstwem świateł na wzniesieniach i ciekawymi opowiadaniami kierowcy taksówki. Jestem w krainie wiecznej wiosny, a jeszcze nie wiem, że zakocham się w tej malutkiej wyspie na zawsze.

 

Z ciekawością spaceruję po mieście. Zanurzam się w klimacie Madery, aby poczuć ją całą sobą. Chodzę po uliczkach Fonchal. Pomimo zimowej pory, wszędzie jest mnóstwo kwiatów. Ludzie są uśmiechnięci. Radośni emeryci siedzą przy kawie w gronie znajomych i oddają się rozmowom. Przyglądam się im. W każdej podróży fascynują mnie spacerujące starsze pary. Takie, które zawsze trzymają się za ręce. Czasami idą bardzo powoli, czasami wspierają się o laski, ale w ich oczach zawsze dostrzegam radość z życia. Te obrazy zapisuję w sercu i zabieram ze sobą, jako inspiracje do tego, jak żyć i co jest dla mnie najważniejsze.

Spokój z bliska

Dla mnie podstawą do działania i życia w pełni jest rodzina. To właśnie z rodziny płynie siła, którą wykorzystuję w swojej codzienności. Ona napędza mnie do tworzenia i realizowania biznesowych projektów. W tej podróży towarzyszy mi mąż. Wspólnie przemierzamy klimatyczne ulice starego miasta. Rozkoszujemy się kulturą, zapachami i smakami tutejszej kuchni.

 

Aby poczuć siłę Oceanu Atlantyckiego, zwiedzamy bardziej wymagające miejsca. Klify zawieszone nad oceanem, mistyczne góry, natura w subtropikalnej aurze pozwalają poczuć bezkres rzeczywistości. Wspinamy się na jeden z najwyższych klifów Starego Kontynentu – Cabo Girao. Na klifie znajduje się taras widokowy. Dzięki szklanej tafli pod stopami obserwuję, jak spokojne lustro rozciągającego się po horyzont oceanu zmienia się we wzburzone fale rozbijające się o skały.

W niedalekiej odległości od klifu znajduje się wioska rybacka w mieście Camera de Lobos. To malownicze i kolorowe miejsce pełne słońca, zapachów, kwiatów, łódek i suszących się ryb. Zatoka jest wyjątkowa, urocza i fotogeniczna. Była również inspiracją dla Winstona Churchilla, który wiele jej widoków umieścił na swoich obrazach. Tutaj też znajduje się malutki kościół, który był pierwszą kaplicą na Maderze.

 

 

 

Kolejnym przystankiem jest miasto Porto Moniz, które zachwyca mnie naturalnymi lawowymi basenami. Zanurzam się w muzykę morza. Patrzę na tańczące obrazy tworzone przez rozpryskującą się nad skałami bryzę. Odwiedzamy północno-wschodnią część wyspy, która pozwala lepiej poznać jej historię. Wspinamy się na jeden z najwyższych szczytów Madery – Pico de Arieiro, z którego rozciąga się piękny widok na inne góry. Gdy podziwiamy bogatą roślinność z taflą oceanu w tle, zewsząd płynie cisza.

 

 

Skąd czerpiesz kreatywność

Napełniona tymi doświadczeniami i zrelaksowana wracam do domu, do rodziny i pracy. Postaram się wykorzystać nowe inspiracje w codziennej pracy. Często spotykam się z pytaniem: “Agnieszka – skąd Ty czerpiesz pomysły na to, co robisz?” Otóż bardzo często właśnie z podróży. Rodzina daje mi siłę, a świeżą porcję kreatywności zawsze przywożę ze sobą z podróży. Dlatego podróże są niezbędnym elementem mojego życia. Potrzebuję ich do napełniania mojego źródła. Pozwalają mi być zawsze gotową do tworzenia, działania i życia z pasją. Czyli do tego, co kocham najbardziej. Polecam Maderę jako różnorodne, barwne i niezwykłe miejsce do czerpania inspiracji. To kraina wiecznej wiosny. A wiosna zawsze budzi nowe do życia w przyrodzie i w nas samych 😊.

 

Moc kobiet: Zawsze były silne. Obecnie są tego świadome

Biznes
Rozwój

Kobiety zawsze były silne. Obecnie są tej siły świadome. Dzięki temu ich prawdziwy potencjał może znaleźć odzwierciedlenie w każdej dziedzinie życia, także w biznesie i przywództwie. Przeczytaj mój artykuł w Harvard Business Review

Znamy zwycięzców Małej Ligi Piłki Ręcznej

CSR
Relacje

Uczniowie z Działoszyc, Czajkowa Południowego i Skarżyska Kamiennej zostali zwycięzcami 16. Turnieju Małej Ligi Piłki Ręcznej. W turnieju przez dwa miesiące rywalizowały szkoły ze Świętokrzystkiego, Śląśkiego i Mazowsza. Zawody od lat organizowane są przez Fundację VIVE Serce Dzieciom i Klub Sportowy VIVE Kielce zobacz więcej

Historia bariery, która okazała się trampoliną

Biznes
Relacje

Magazyn Home&Market umieścił mnie w gronie 50 najbardziej wpływowych kobiet w Polsce. Znalazłam  się w gronie takich kobiet, jak Olga Tokarczuk, Irena Eris czy Agnieszka Holland. Żywię głęboki szacunek dla wszystkich wyróżnionych. Tym bardziej, że wiem, jak długą drogę trzeba czasami przejść, aby odnieść sukces.
Nie jest to droga mierzona liczbą przebytych kilometrów, odbytych spotkań, zawartych umów, czy sfinalizowanych transakcji. To podróż w głąb siebie, do miejsca, w którym wszystko się zaczyna. Przez długi czas traktowałam swoją kobiecą wrażliwość jako przeszkodę w karierze i biznesie. W końcu sukces wymaga siły, determinacji i nieustępliwości, prawda?

Długo zajęło mi zrozumienie, że moja siła kryje się właśnie w mojej wrażliwości. Odpowiadając na postawione wyżej pytanie – tak. W biznesie trzeba być silnym. Ale “siła” to bardzo pojemne słowo. Siła to budowanie wspólnoty. To praca w zespole. To dostrzeganie prawdziwego potencjału drugiego człowieka.

Dzięki sile wrażliwości, wspólnie z mężem zbudowałam biznes, który nie tylko zarabia, ale także zmienia świat wokół siebie. Odpowiadamy na potrzeby, które dostrzegamy tu i teraz.  Ale także – w gronie utalentowanych kobiet i mężczyzn – opracowujemy technologię, która przyczyni się do lepszego jutra dla naszych dzieci.

Dziś rozumiem, że kobiecość nie jest moją przeszkodą. Ona pomaga mi pokonywać przeszkody. Zarówno ja, jak i inne kobiety, dysponujemy potencjałem, który jest brakującym elementem w układance biznesowej. Dodajemy unikalną wartość. Musimy tylko zrozumieć, jaką moc mamy w sobie. Uwierzyć w nią. Być z niej dumnymi.

Dlatego z radością wspieram inne kobiety. Szczególnie bliska mojemu sercu jest inicjatywa Kobiety VIVE. W jej ramach wspólnie inspirujemy się do rozwoju, uczestniczymy warsztatach, motywujemy się. Gdy trzeba, wyciągamy do siebie pomocną dłoń.

Drogie Panie, nie rezygnujmy z tego, jakie jesteśmy. Wszystkie jesteśmy wpływowe. Aby dawać innym to, co najlepsze, musimy najpierw zadbać o siebie. Bądźmy więc dobre i wyrozumiałe dla siebie samych ❤️.

Menadżer roku 2019. Zespół, który zmienia przyszłość

Biznes
Rozwój

Kim jest menadżer bez zespołu? Co mógłby osiągnąć kapitan bez załogi? Nagroda Menadżera Roku, którą odebrałam za 2019, należy się w takim samym stopniu mnie, jak i całemu zespołowi, z którym współpracuję. To ludzie, których głęboko podziwiam. Bez ich ciężkiej pracy i zaangażowania, nasz okręt nigdy nie rozwinąłby żagli, nigdy nie wyszedłby z portu i nigdy nie miałby okazji sprawdzić się na wodach, przez które z taką pasją płyniemy.
Możliwości przetwarzania tekstyliów są niemal nieograniczone. W Grupie VIVE opracowujemy technologie, które pozwalają lepiej wykorzystać ten proces. Dajemy odzieży nowe życie. A przy okazji czyścimy świat. Zużyte swetry, czy spodnie nie trafiają bowiem na śmietnik, tylko służą nam w innej formie. To nurt określany jako Textile Upcycling. Dzięki temu, że jesteśmy tak zgraną drużyną, jesteśmy jego liderem.

Zarządzanie dużą firmą wiążę się z wielką odpowiedzialnością – przed załogą, przed partnerami biznesowymi i przed otoczeniem. Ale wdrażanie innowacji, takich jak nowe technologie Textile Upcycling, to wyraz odpowiedzialności za pokolenia, które dopiero nadejdą. Zarówno mnie, jak i moich współpracowników, codziennie napędza świadomość, że praca, którą wykonujemy, będzie miała swoje pozytywne skutki dla naszych dzieci i wnuków. Działamy z pasją. I wciąż jesteśmy nienasyceni działaniem w tej pięknej sprawie.

Rekrutowanie wartościami
Budowa skutecznego i zgranego zespołu jest kluczowa dla rozwoju firmy. Dlatego tak ważna jest odpowiednio przeprowadzona rekrutacja. Chodzi o dobór pracowników nie tylko pod kątem wymaganych kompetencji. Niezwykle istotne jest także sprawdzenie, czy wyznawane przez nich wartości są zgodne z wartościami firmy.

W Grupie VIVE jest wiele kobiet. Wspólnie pracujemy nad tym, by rozwijać w sobie kompetencje liderów takie, jak zaangażowanie, skuteczność, profesjonalizm i konsekwencja w dążeniu do celu. Dzięki temu budujemy bardziej zróżnicowane, a przez to skuteczniejsze zespoły. I, co równie ważne, budujemy społeczność zaangażowaną w życie społeczne i kierującą się wartościami.

Jako Lider kieruję się zasadą wzmacniania kompetencji. Staram się także zawsze budować na pasji. To przynosi długofalowe korzyści. Kobieca wrażliwość połączona z odpornością i taktycznym podejściem to niezwykle efektywna mieszanka. Jako kobieta potrafię być jednocześnie łagodna w relacjach i twarda jeśli chodzi o warunki współpracy. To, w połączeniu z uważnością, pozwala mi działać naprawdę skutecznie.

Jako firma zrealizowaliśmy nasz pierwszy cel. Był nim rozwój biznesu. Teraz chcemy czynić ten biznes coraz bardziej innowacyjnym. Patrzę na naszą przyszłość z wielkim optymizmem. Z zespołem, którego jestem częścią, technologie zmieniające świat są na wyciągnięcie ręki.

Materiał na sukces – po co działam w biznesie… i nie tylko

Biznes

Po co działam w biznesie? Czy pieniądze są miernikiem sukcesu? Co niszczy, a co uszlachetnia ogień?
Z magazynem BusinessMan odbyłam długą i szczerą rozmowę o tym, co w biznesie i w życiu naprawdę się liczy. A także o wielu innych sprawach 🙂 Przeczytaj wywiad

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby usprawnić działanie strony. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Czytaj dalej